piątek, 6 stycznia 2017

27. godzina abstynencji - upadek

Mózg wykorzystał wszystkie możliwe sztuczki. Omamiał mnie w każdej niemal sekundzie mówiąc, że bez papierosa nie jestem w stanie nic zrobić, że to wymysł mojej żony, która chce prostować z natury krzywy świat, że ta słabość nie jest taka zła, bo to przecież nie jest normalny papieros, że nie nie będę miał przyjemności z wyjazdu na zimowy urlop (wyjeżdżamy w niedzielę), bo będę myślał tylko o nikotynie. A ona przecież jest na wyciągnięcie ręki.
I była. Tamar zapytała mnie, dlaczego jestem poirytowany, więc przyznałem się, że nie palę 26. godzinę, ale już nie wytrzymuję. Oszukałem żonę mówiąc, że padły mi baterie, nie przyznałem się, że wyrzuciłem je, aby mnie nie kusiły. Powiedziałem, że muszę jechać na stację benzynową i kupić papierosa elektronicznego. Bez problemu zgodziła się. Pojechałem, kupiłem zestaw, już w samochodzie wlałem liquid i zapaliłem. Z jednej strony poczułem ulgę, z drugiej chciało mi się płakać. Wszedłem do domu i gdy żona zapytała, czy wszystko w porządku, najpierw odpowiedziałem, że tak, ale za chwilę kucnąłem, ukryłem twarz w dłoniach i wyżaliłem się z płaczem:
- Nie, nie wszystko w porządku. Wytrzymałem 26 godzin i musiałem zapalić! Nie umiem tego gówna rzucić!
Tamar przytuliła się do mnie i odparła:
- Spokojnie, przecież nic się nie stało.
Gdzie robię błąd?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz